Wydawnictwo DRZEWO BABEL

Książka

Cathi Hanauer, Jędza w domu czyli co 26 kobiet myśli o seksie, samotności, pracy, macierzyństwie i małżeństwie - fragmenty

 

Pamiętnik siłaczki

Kristin van Ogtrop

Typowy wieczór:

Wracam z pracy, wstępując po drodze po dzieci do mojej przyjaciółki Gabrieli. Opiekunka zostawiła u niej moich chłopców, żeby pobawili się z jej dziećmi. Jest 7.30. Czas na kąpiel, a ja obiecałam synkom koktajl mleczny, co nie było najlepszym pomysłem. Dzieci są już po kolacji, ja jeszcze przed. Mój mąż gra w koszykówkę i nie wróci do domu przed dziesiątą.

Wysiadając z samochodu sześcioletni Owen rozrzuca na trawniku kwiaty zebrane w ogrodzie Gabrieli. Trzyletni Hugo zauważa księżyc. Na własną zgubę mówię, że i słońce świeci. Szukając go na niebie, Hugo zaczyna biegać po podjeździe tam i z powrotem, za każdym razem coraz bliżej jezdni.

Owen żąda koktajlu natychmiast. Otwieram drzwi, wchodzę do środka. Głodny kot George miauczy, ocierając się o moje nogi. Wracam po rozsypane kwiaty, mokry ręcznik (lekcja pływania), moje dwie torby, w których są: trzy nieprzeczytane gazety, dwa czasopisma, zaproszenie na przyjęcie urodzinowe dla Owena oraz prezent dla solenizanta i teczka z papierami z pracy, które ja, niepoprawna optymistka, zamierzam przejrzeć.

Wnoszę do domu kwiaty, ręczniki, torby. Wkładam klucze do miseczki przy drzwiach wejściowych (moja skromna próba zaprowadzenia porządku) i przewracam oprawiony w ramki obrazek, który stoi obok. Szkło rozpryskuje się na kawałki.

Hugo domaga się, żebym wyszła na dwór.

Owen kręci się koło mnie na bosaka. Chce się koniecznie dowiedzieć, dlaczego mieszanka lodów czekoladowych i waniliowych ma kolor brązowy, a nie biały.

Przeprowadzam zręcznie Owena obok stłuczonego szkła i proszę, żeby przyniósł odkurzacz. Sama zaczynam zbierać odłamki. Owen znika w kuchni i nie ma go chyba przez dziesięć minut. Wyglądam na zewnątrz, żeby sprawdzić, co robi Hugo, którego głos oddala się coraz bardziej. George staje na tylnych łapach i wydrapuje dziury w siatce drzwi.

Owen wraca z odkurzaczem i włącza go. Chce wiedzieć, ile dokładnie zajmie czasu przygotowanie koktajlu, i czy na pewno mamy lody czekoladowe.

Jestem w takim stanie, że zaczynam przemawiać do dzieci słodkim głosem. Czuję, że moja głowa za chwilę oderwie się od ciała, przeleci przez siatkę drzwi, poszybuje nad miasteczkiem, aż wreszcie, gdzieś w pobliżu stacji kolejowej wyląduje pod kołami samochodu jednej z moich uśmiechniętych sąsiadek, która jak co dzień odbiera ze stacji swego statecznego małżonka i wiezie do ich cichego, wysprzątanego domu, gdzie już czekają wykąpane, gotowe do spania pociechy.

Zaraz zacznę wrzeszczeć.

Nazajutrz wstaję o 5.30, żeby wyjść z domu o 6.00. Jadę samochodem do studia telewizyjnego, gdzie o 6.45 czeszą mnie i malują, a o 7.40 pojawiam się w programie na żywo. Jestem redaktor naczelną niezwykle popularnego pisma dla kobiet i biorę udział w porannej audycji jako „ekspert” w dyskusji „Twój portfel świadczy o tobie”. Nowy fryzjer układa mi włosy tak, że moja głowa przypomina z tyłu skocznię narciarską. O 7.25 producent wręcza mi skrypt, z pięcioma pytaniami, których nie było we wczorajszym wstępnym wywiadzie. Odpowiadam mądrze, z werwą, jak dobrze poinformowana osoba, najszybciej jak potrafię. Całkowity czas emisji: 90 sekund.

Kiedy docieram do biura, jest 8.30. Odsłuchuję sześć wiadomości głosowych (szef, opiekunka do dzieci, kierownik kadr, załamany pisarz, młodszy redaktor szukający pomocy, moja matka) oraz czytam 27 maili. Na moim biurku czeka potężny artykuł, który mam zredagować do końca dnia. Pędzę do bufetu, żeby coś zjeść, potem dzwonię do szefa i niani i odpowiadam na 27 maili przed zebraniem o 9.30.

O 10.45 przychodzą dwaj faceci pracujący przy zbieraniu i sprawdzaniu danych. Skarżą się, że musieli siedzieć w pracy do czwartej nad ranem. Kto jest winien – redaktorka czy oni? Redaktorka – decyduję, i wzywam ją do siebie. Dziewczyna denerwuje się, broni, w końcu wybucha płaczem. Pudełko z chusteczkami jest puste, więc podaję jej serwetkę. Rozmawiamy (to znaczy ja mówię, a ona przytakuje) o tym, że nie pierwszy raz zdarza się jej popełnić takie błędy. Może to nie dla pani praca, sugeruję. Później wzywam kierownika kadr. Omawiamy sprawę redaktorki, z której nie jestem zadowolona, pewien problem prawny i podwyżki dla pracowników.

Lunch zjadam przy biurku. Pijąc drugą filiżankę kawy redaguję artykuł. Przychodzą dwie dziennikarki ze skargami na współpracowników. Zjawia się następna i oznajmia, że jest przeciążona pracą. Czwarta zwierza się ze swoich małżeńskich kłopotów i leje łzy. Kończą mi się serwetki. Podaję jej numer telefonu do poradni małżeńskiej. Ktoś dzwoni w sprawie mojego jutrzejszego wystąpienia; nawet nie zaczęłam się nad nim zastanawiać i wcale, o dziwo, mnie to nie martwi.

Kończę redakcję artykułu. Przed wyjściem z biura o 17.30 na cztery kupki układam papiery na następny dzień. Może nie będę miała czasu, żeby je przejrzeć, może o czymś ważnym zapomnę, ale te starannie ułożone kupki dają mi poczucie ładu i harmonii. Lubię porządek w pracy.

Oto co mówią o mnie koledzy z redakcji: Potrafisz zachować zimną krew w każdej sytuacji. Czy ty w ogóle miewasz zły humor? Od pierwszego wejrzenia budzisz respekt. Masz rzeczowe podejście, czym motywujesz ludzi do wysiłku. Potrafisz rozładować napiętą sytuację i zapobiegać konfliktom.

A oto co słyszę od innych, to znaczy od członków mojej rodziny: Mama jest zawsze w złym humorze. Czemu się tak wściekasz? Spokojnie. Nie musisz krzyczeć! Jesteś podła, idź sobie do pracy i nigdy nie wracaj.

Ostatni punkt jest najlepszy. I zarazem najsmutniejszy, bo oddaje bolesną prawdę o mnie: na ogół jestem lepszą matką w pracy niż w domu. Co prawda w pracy rzadko ktoś krzyczy na mnie przez pięć minut bez przerwy albo zwraca się do mnie podniesionym tonem. Nikt nie wpada do mojego gabinetu z lepkimi od masła orzechowego rękami i nie brudzi mi spódnicy ani ulubionego koca. Jeśli w biurze ktoś czegoś ode mnie chce, mogę powiedzieć: „oddzwonię później” albo „porozmawiamy o tym na następnym kolegium”. W redakcji mnie słuchają, albo przynajmniej udają, że mnie słuchają. Nawet gdyby w biurze dochodziło do wrzasków i aktów wandalizmu, nie reagowałabym napadami furii, co zdarza mi się w domu. Pewnego chaosu nie da się uniknąć, w końcu pracuję z różnymi dziwakami o „trudnych” charakterach. Czasami mam wrażenie, że znalazłam się w oku cyklonu.

Dlaczego jestem aniołem w biurze, a jędzą w domu?

 

Gość w dom…

Mój dom nie jest twoim domem

Chitra Divakaruni

Tego ranka, po miesiącach deszczu i mgły, po raz pierwszy zaświeciło słońce na bezchmurnym niebie. Ptaki szczebiotały wśród krzaków, lilie rozkwitały błękitem i bielą w całym ogrodzie, a na japońskim klonie rozwinęły się delikatne listki. Nadeszła wiosna. Ktoś inny byłby zachwycony, tymczasem ja czułam ciężar na sercu. Bo wiosna oznacza gości.

Każdego roku, nieuchronnie, spada na nas cały tabun gości. A właściwie nie na nas, tylko na mnie. Mój mąż co dzień rano ucieka do biura i styka się z nimi tylko przy kolacji. Inaczej jest ze mną. Ja pracuję na pełnym etacie w domu jako powieściopisarka i dziennikarka i jestem skazana na gości przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Sezon odwiedzin rozpoczyna się późną wiosną i trwa, zależnie od szczęścia, do końca lata, a do tego czasu staję się fizyczną i psychiczną ruiną. Kiedyś myślałam, że jestem poddawana tej szczególnej torturze, ponieważ mieszkam w atrakcyjnej dzielnicy San Francisco, ale moja przyjaciółka Surekha z Poughkeepsie zapewnia, że podobne cierpienia są również jej udziałem. Pochodzę z Indii, i stamtąd też przybywa większość moich gości. Wielu z nich to moi krewni, a tacy goście stanowią śmiertelnie niebezpieczną kombinację, szczególnie jeśli przyjeżdżają prosto z naszego ojczystego kraju. Bo to oznacza, że wymagają Pełnego Serwisu.

Obsługa zaczyna się od porannej herbaty. Nie tej w torebkach ekspresowych, której zwykle używamy, ale zaparzanej jak należy: Tak-Jak-Robimy-To-u-Nas (zwróćcie uwagę na tę frazę, bo jeszcze nieraz się pojawi). Dla gości gotuje się liście herbaty z mlekiem, cukrem, imbirem i kardamonem. I rzeczywiście ma wspaniały smak. Ale czy próbowaliście kiedyś umyć potem czajnik? Moim gościom nigdy się to nie zdarzyło, bo w Indiach robi to za nich służba, a tutaj ja.

Herbacie towarzyszy śniadanie na ciepło (Tak-Jak-Robimy-To-u-Nas), najlepiej coś indyjskiego, na przykład idli lub poori. Ryż i soczewicę potrzebne do przygotowania idli trzeba namoczyć na całą noc, potem zemleć i ugotować na parze. Ciasto na poori należy przygotować odpowiednio wcześniej, a potem rozwałkować i usmażyć. Obie potrawy serwuje się zwykle z chutneyem lub curry, a po przyrządzeniu każdej z nich mam w zlewie stertę brudnych naczyń. Teraz chyba rozumiecie, w czym rzecz.

Dopiero jednak po śniadaniu musimy na serio zabrać się do roboty. Przed nami zwiedzanie i zakupy. Lubię piękne widoki nad zatoką, ale tracą one swój urok, gdy po raz 563 okrążam parking Golden Bridge, bezskutecznie poszukując wolnego miejsca. Muszę też wyznać, że mam niski próg odporności na cierpienia związane z zakupami. W centrach handlowych duszę się i wpadam w histerię. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie szukać markowych sklepów, których nazwy bez trudu wymieniają moi goście. (Nie wiesz gdzie jest najbliższy dom towarowy Macy? – wykrzykują z niedowierzaniem. – A Neiman Marcus? Oczywiście chodzisz do Sacksa? A Gap-Lane, Bryant, Fashion Plaza, odzież męska Millera? Uśmiechają się z pobłażaniem: Nie martw się! Poznasz wszystkie, zanim stąd wyjedziemy). Docieramy do domu wieczorem, uginając się pod ciężarem pudełek i toreb. Zrzucamy buty i ciężko zwalamy się na kanapy. A wtedy ktoś mówi: „Co powiecie na gorącą herbatkę?”

Zgadnijcie, kto wstaje i robi herbatę. I przygotowuje obiad składający się z czterech dań i deseru (Tak-Jak-Robimy-To-u-Nas). I wkłada naczynia do zmywarki, myje podłogę w kuchni, sprawdza, czy w łazience są czyste ręczniki, mydła, szampony, pasty do zębów, dezo-doranty i waciki do czyszczenia uszu. I kto namoczy ryż i soczewicę na jutrzejszy poranny idli, żeby wszystko było gotowe, zanim wyruszymy na wycieczkę do Napa Valley. Kto wreszcie cały czas zastanawia się, kiedy na Boga znajdzie czas, żeby zająć się innymi, bardziej twórczymi i dochodowymi obowiązkami.

Zgadnijcie, kto jest zły jak osa, kiedy znajdzie się w łóżku, gdzie czeka spragniony czułości mąż – który myśli, że skoro zabawiał gości żartami przy kolacji, a potem pomógł sprzątnąć ze stołu, to już zrobił swoje i teraz należy mu się odrobina przyjemności. Zgadnijcie, kto z wściekłością naciąga kołdrę na głowę, żeby nie wywołać awantury albo, co gorsza, wybuchnąć płaczem. Na co mąż powie: „Znowu to samo”, i doda: „To twoja wina. Nie musisz tak koło nich skakać”.

Wy pewnie też jesteście tego samego zdania.

Dlaczego czuję przymus, by tak się zachowywać? Dlaczego nie pokażę po prostu gościom, w której szafce znajdą płatki śniadaniowe i herbatę w torebkach? Dlaczego nie zaprowadzę ich do autobusu, którym dojadą do centrum handlowego, albo nie podrzucę ich do stacji metra i nie powiem, żeby zadzwonili do mnie, kiedy wrócą z miasta? Dlaczego na obiad nie zamówię pizzy, a na deser lodów? Dlaczego nie zmuszę męża, żeby zabrał ich gdzieś w weekend, a ja w tym czasie mogłabym się wylegiwać i odpoczywać, czytając dobrą książkę?

Ciągle na nowo zadaję sobie te pytania, starając się znaleźć przekonującą odpowiedź i zrozumieć własne nieuświadomione potrzeby. Może mimo książek, które opublikowałam i nagród literackich, które zdobyłam, moje poczucie spełnienia jako kobiety ciągle zależy w znacznym stopniu od tego, jak prowadzę dom. Goście, którzy zjawiają się w moim domu, stają się częścią moich obowiązków. Do mnie należy rola gospodyni. I w paradoksalny sposób, chociaż skarżę się gorzko, że mąż nie uczestniczy w całej tej szopce, to jednocześnie wcale nie chcę wpuścić go do swojego królestwa. Zapytałam Alice, czy wobec swoich gości odczuwa ten sam rodzaj przymusu, czy może mamy tu do czynienia z problemem charakterystycznym dla Azjatów. Usłyszałam, że ilekroć ma w domu gości, dręczy ją niepokój, czy wszystko zostało dość dobrze zorganizowane i „co będą potem o nas mówić”. Spokojnie zniesie krytyczne uwagi na temat wielu aspektów jej życia, ale nie na temat domu i obyczajów w nim panujących.

– My, kobiety, ciągle uważamy się w rodzinie przede wszystkim za Super Gospodynie Domowe – mówi. – Od tego zależy nasze poczucie spełnienia.

– Nawet gdy pracujemy od dziewiątej rano do piątej po południu? – pytam. Zresztą w przypadku Alice, która zajmuje kierownicze stanowisko w swojej firmie, oznacza to pracę od 9.00 do 21.00.

– Szczególnie wtedy – odpowiada. – Kompensujemy w ten sposób pewne genetycznie zaprogramowane poczucie winy – i dodaje po chwili zastanowienia:

– Ale już radzę sobie coraz lepiej. Przez cały zeszły tydzień miałam u siebie kuzynkę z rodziną i żywiliśmy się sałatkami i gotowymi daniami z restauracji.

Słysząc to, czuję podziw i przypływ determinacji. Obiady na wynos to jest to! Wiem jednak, jak zareagowałaby moja kuzynka na taką propozycję: „Pasza dla królików? Jedzenie z kartonowych pudełek? Czy po to przyjechaliśmy do Ameryki? U nas nie tak traktuje się gościa!” Być może problem ma częściowo związek z moją matką – osobą niezwykle gościnną, zawsze uradowaną wizytami członków naszej licznej, wielopokoleniowej rodziny, niezależnie od tego, czy chodzi o jej krewnych, czy o krewnych ze strony mojego ojca. To prawda, że matka miała służącą, która pomagała jej w sprzątaniu i gotowaniu. Prawdą jest również to, że skoro ojciec utrzymywał całą rodzinę, rozumiało się samo przez się, że do obowiązków matki należy dbanie o dom i odwiedzających nas gości. Mimo wszystko, podczas takich wizyt przybywało jej pracy. Każde bardziej skomplikowane danie na wszelki wypadek przygotowywała sama. Pamiętam, jak po całym pracowitym dniu, późno w nocy kroiła na kawałki miąższ orzecha kokosowego i z wiórków gotowała dla gości słodkie przysmaki. Zamiast zdrzemnąć się po południu, jak to zazwyczaj robiła, rozkładała na tarasie na słońcu kołdry gości, żeby ładnie pachniały. Ale każda wizyta była dla niej świętem i wszystkie związane z nią obowiązki wykonywała z radością, co przekracza moje możliwości.